Pozdrowienia z Siguldy

Share

Jaki jest ten rok i sezon 2020/2021 każdy widzi. To, że w Europie odbywają się jakiekolwiek treningi i zawody na torach lodowych można by potraktować jako rodzaj cudu albo najmniej duże szczęście. Przez całą drogę do Winterbergu, pod koniec Lipca 2020 zastanawiałem się czy w ogóle dobrze robię, że wydaje taką ilość gotówki na sprzęt, który ze względu na m.in. koronawirusa może stać nieużywany.

Stało się jednak i końcem października byłem już właścicielem w zasadzie kompletnego sprzętu potrzebnego do ślizgania się głową do przodu. Teraz tylko kwestia gdzie tu wybrać się na zgrupowanie. Po rozlicznych fikołkach i oczywiście nie jednym teście na koronawirusa w końcu się udało.

W drogę do Siguldy mieliśmy wyruszyć oczywiście z Gdańska, gdzie musiałem dostać się swoim Nissanem Almerą. Przez całą drogę z Bielska do Gdańska odczuwałem pewien ciężko opisywalny dyskomfort. Jak zwykle w przypadku mocno adrenalinowych sportów zastanawiałem się

Głęboka myśl pewnego mojego znajomego [dla wyjaśnienia, NIE – na tym zdjęciu to nie ja 🙂 Ja mam tylko albo i aż 30 lat. ]

To trochę tak samo jak z paralotniami. Tam też przez każdym startem miewam podobne wątpliwości. Siedzę przed komputerem i wertuję prognozy pogody. A może jednak będzie za mocno? A może jednak nie pojadę na to latanie? Cholera jutro mam ważne spotkanie. Co będzie jak ulegnę wypadkowi i ta osoba nawet nie będzie wiedziała dlaczego mnie nie ma. Jednak od prawie 10 lat (w momencie pisania tych słów) mówię cały czas

Tak, jadę latać.

Tu jechałem z deską na której jeszcze nigdy nie jeździłem na tor na którym jeszcze nigdy nie jeździłem na skeletonie i to na tor, o którym mówi się jako najtrudniejszy na świecie. To wszystko mając za sobą szkolenie podstawowe w St Moritz na którym oddałem łącznie 6 ślizgów. 3 z nich zostało oddane z topu (najwyższego startu) ale to było w St Moritz

Sigulda zawsze wzbudzała we mnie ogromny respekt. Pierwszy raz zobaczyłem ją w grudniu 2018 kiedy pierwszy raz porwałem się na coś jak Showelrace

Pisałem już na tym portalu o tych zawodach ale dla przypomnienia tak wygląda łopata przystosowana do profesjonalnych ślizgach po torze lodowym, sztucznie mrożonym 🙂

Gdy w 2018 roku, pierwszego dnia wybrałem się z hotelu zobaczyć tor z bliska nogi się lekko pode mną ugięły. Patrzyłem na ten tor i zastanawiałem się co ja w ogóle robię. Można dużo słuchać o sportach ślizgowych i o tych torach ale do puki się tego nie zobaczy na własne oczy, to jest to tylko czcza gadanina bez podparcia w faktach.

Ogólnie moja ścieżka 'kariery' (hehe) wygląda tak

  • OOM w Krynicy w lutym 2018 roku – Pierwsze w życiu ślizgi (ok 6) a sankach wyczynowych po lodzie
  • Trening w Smržovce w kwietniu 2018 roku – Kilkadziesiąt zjazdów na sankorolkach z różnych wysokości toru
  • Trening w Karpaczu w czerwcu 2018 roku – Kilkanaście zjazdów na sankorolkach po torze betonowym. Byłem jednym z ostatnich którzy miał sposobność po nim jeździć. Końcem czerwca 2018 ze względu na pogarszający się stan techniczny tor został zamknięty i takim jest do dzisiaj
  • Listopad 2018 – To skomplikowane (bardzo)
  • Grudzień 2018 – Pierwszy udział w Showelrace w Siguldzie
  • Grudzień 2019 – Puki co ostatni udział w Showelrace w Siguldzie
  • Luty 2020 – Szkółka skeletonowa w St Moritz
  • Marzec 2020 – Kilkanaście ślizgów na sankach w Siguldzie ze startem od wiraża 13 aż do 11 (dwa pod juniorem). Korona powrót do domu 15 marca do materiał na nie jedną dobrą książkę przygodową 🙂

Jak widać nie ma tego dużo. Udało nam się doturlać do tej Siguldy i po wsadzeniu w Rydze przez wyoblekaną panią patyczka głęboko do nosa również udało się wejść na tor. Od początku czułem lekki dyskomfort i stres. Wiedziałem, że jego rozładowanie zajmie kilka dni. Po 5, może 6 ślizgu pójdzie już łatwo i będę coraz bardziej rutynowo do tego podchodził.

Od początku zakładałem, że nie ma absolutnie żadnej mowy o wyjściu na top. To nie St Mortz ani Innsbruck Igls. Nawet dama leżała w obszarze dalekiej spekulacji.

Skeleton porównuję sobie prywatnie trochę do Jachtów Balastowych. W odróżnieniu od sanek tu powinna działać stateczność kształtu a przede wszystkim ciężaru. Decha jest ciężka, jeździ się nisko nad lodem. W jachtach balastowych wypuszczony głęboko poniżej lini dna (stępki) kil zawiera do kilku ton obciążenia, które automatycznie chcę prostować jacht nawet na dużych przechyłach.

Jak się miało okazać takie proste porównania są bez sensu… A skeleton również bardzo skutecznie się wywraca.

Przejdę od razu do grubego, czyli do drugie dnia. W dalszym ciągu miałem ujeżdżać Juniora. Pierwszego dnia towarzyszyło mi dwóch Brytyjczyków i ich trener, który był bardzo pomocny i pomógł mi się wgramolić do toru z sankami i na spokojnie ułożyć do startu. Drugiego dnia wesoła gromadka zwiększyła się do sześciu osób.

Mamy więc ślizg numer jeden (czwarty tutaj łącznie). Jadę, jadę, próbuję jakoś patrzeć przed siebie ale nie na tyle żeby odciążać przód deski. Długa prosta przed 15. Wiem, że muszę wjechać na wiraż wcześnie. Niestety zaraz przed najazdem uderzam o lewą ścianę, która odbija mnie nieco w środek wjazdu na wiraż. Nieco spóźnione wejście i bardzo spóźnione zejście…. Pizd, jebudu i za 15 jadę ale na plecach i z własnym skeletonem na sobie.

W tym momencie zaczynam się zastanawiać „a może jednak Laser Radial?” Tam przynajmniej wywrotka nie jest tak spektakularna. Zaliczam kąpiel w wodzie (jak ma się piankę to nawet na jesień nie będzie zimno), chwytam się miecza, ściągam kadłub na siebie a jak maszt zaczyna wstawać z wody to chwytam za burtę. Fiku miku i laser znowu stoi masztem we właściwą stronę. No taka jest zaleta żeglowania łodzią, która ma 4 metry długości.

W międzyczasie jeden z kilku trenerów z grupy angielskiej pomaga wyczołgać mi się z toru. Mówi mi, że spóźniłem zejście i po prostu spadłem z tego wiraża. Wspomniana stateczność kształtu i ciężaru nie zadziałała.

Następny ślizg robię z przerwą. Trzeci ślizg w sesji będzie moim drugim (łącznie piąty na skeletonie w Siguldzie). Przed wyjściem z szatni powtarzam sobie w głowie sekwencję wiraży i to co muszę gdzie robić. Ruszam z Juniora i na początku wszystko jest bardzo dobrze. Na pełnej koncentracji jadę w stronę wiraża nr 15 i staram się wjechać w niego wcześnie. Ok, udało się! Lekkie zasterowanie lewym barkiem, potem odpuszczam a potem za chwilę mocniej lewym barkiem, żeby zjechać z wirażu. Zjechałem ale…. Ale robi się tak jak w tekście Fisz & Emade – Czerwona Sukienka


„Panowie, dziękuję Boli mnie głowa, skręta paliłem, źle się czuję” I nagle bęc, i nagle bum I nic nie widzę, czarno, czarno i gwiazdy. Od lat nie było takiej jazdy bo tu są same gwiazdy.

Nie wiem co się stało ale strasznie mocno walnąłem o coś głową. Udało mi się dojechać bez problemu do mety ale efekty tegoż uderzenia były takie jak opisywanie przeze mnie w dyskusji z „Naszym Człowiekiem w Winterbergu”

Sprawa jest bardzo tajemnicza, bo tak naprawdę nie mam żadnych większych śladów na kasku. Uderzenie miało miejsce zaraz po zejściu z 15 wiraża. Wbrew pozorom nie ma możliwości aby na skeletonie uderzyć się głową o obudowę toru na prostej (skeleton jest za szeroki za długi w stosunku do szerokości spągu). Dalsza część kowersacji z „Naszym człowiekiem w Winterbergu” pokazuje możliwe przyczyny

Gdy piszę te słowa, czyli o poranku dnia następnego w dalszym ciągu odczuwam lekki ból głowy. Nie wiem czy ta głowa faktycznie mnie boli, czy jest to rodzaj hipochondrii. Jestem zestresowany tym i między innymi mam przez to bardzo kiepski apetyt. Może nieświadomy tego faktu, w odmętach mojej psychiki wmawiam sobie, że mnie to boli a moje ciało reaguje stosownie do oczekiwań i odczuwam ten dyskomfort.

Podsumowując więc w uszkadzaniu się podczas uprawiania sportów ślizgowych mam już pewne doświadczenie. Wymieńmy chronologicznie:

Smržovka – Sankorolki w kwietniu 2018. Prawa ręką obdarta do krwi po dwukrotnym przyłojeniu w deskowaną obudowę toru na prostej przed beczką.

Karpacz – Sankorolki w czerwcu 2018 – Potłuczone kolana po dwukrotnym spadnięciu z beczki przed metą. Tu akurat problem był znany. Jak zwykle wydarło mnie do góry, spóźniona kontra lewą płozą no i w pewnym momencie jednak brakło tej prędkości.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

St Moritz 2020 – Szkółka skeletonowa w lutym 2020- Broda obtłuczona prawie do krwi przez za mały kask i łojenie w lód na wirażach. Duże sińce i obicia w zasadzie na całym ciele. Na rękach (od trzymadła w skeletonie), na nogach. Bolący kark od przeciążeń

Sigulda – Zgrupowanie Skeleton w grudniu 2020 – Pierwsza w życiu wywrotka płozami do góry. Miało to miejsce na wyjściu z wiraża 15, po starcie z Juniora. W kolejnym ślizgu (po tej wywrotce) przywalenie o coś prawą stroną kasku przy wyjściu z 15 do tego stopnia, że mnie prawie odcięło – po tym zdarzeniu ból głowy i złe samopoczucie otrzymujące się dwa dni. Być może lekki wstrząs mózgu.

Ciężko powiedzieć czy ta Sigulda mnie pokonała, czy nie, bo zgrupowanie jeszcze się nie skończyło. Różnica pomiędzy nią a St Moritz jest tak wielka, że nie wiem w jaki sposób miałbym ją opisać. Wszyscy co jeździli i tu i tu wiedzą o co chodzi.

Tym nie mniej po tym wszystkim, co do tej pory tu doświadczyłem naszło mnie kilka osobistych refleksji. Czy oto może doszedłem do ściany własnych możliwości? Od początku wiedziałem, że sporty ślizgowe są tylko i wyłącznie dla najtwardszych. Być może ja nie jestem 'tym najtwardszym' a istotnie latanie na paralotni nie świadczy ani o żadnej odwadze ani o żadnych nadzwyczajnych umiejętnościach, czy predyspozycjach?

Tak czy inaczej respekt dla wszystkich którzy gonią tu z damy i wyżej. Jeżeli na skeletonie mam takie przygody z Juniora to dojście z sankami tak wysoko to ….

Niby mówi się, że w skeletonie o wyniku świadczą trzy elementy: rozbieg, umiejętność jazdy i sprzęt. Ja bym dodał jeszcze mocna psychika. Można mieć stosowne predyspozycję i budowę ciała do bycia sprinterem ale jeżeli ktoś sobie nie radzi z samym sobą to nic z tego nie będzie.

Ja radzę sobie jakoś z samym sobą przez te wszystkie lata mojego latania na paralotni. Miewałem kryzysy psychiki, chciałem zostawić to latanie w cholerę ale jakoś tak zawsze wracałem.

Wiadomym jest, że w skeletonie błyskotliwej kariery nie zrobię i na olimpiadę nie pojadę. Po co robię to wszystko? Ciężko powiedzieć. Lubię duże wyzwania i tego typu sporty. Może się okazać, że po prostu się do tego nie nadaję. Może mnie ta cała Sigulda pokona. Może ulegnę wypadkowi, pogotowie zabierze mnie do szpitala a Łotewski lekarz powie po angielsku: „Panie, daj Pan sobie spokój, bo Pan się zabijesz”

Bardzo rzadko żałuje, że robiłem coś co okazywało się potem bezsensowne. Do tej pory na całość tego sportu wydałem już ponad 10 tysięcy złotych a łącznie w tym roku wydatki mogą wynieść nawet 15 tysięcy. Jest to kwota na którą mogę sobie pozwolić. Nie chodzi tu jednak o te pieniądze, bo to jest rzecz nabyta. Doświadczenia nie da się łatwo wycenić. Mam tu na myśli nie tylko takie typowe doświadczenie sportowe (choć to oczywiście też) ale również doświadczenie życiowe.

Sporty ślizgowe bardzo dużo mi dały. Poza zrzuceniem ponad 15 kilogramów wagi nauczyły mnie kilku rzeczy jako człowieka. Oprócz możliwości uczestniczenia i zobaczenia jak wygląda nomen-omen sport profesjonalny, uczą mnie jak radzić sobie w sytuacjach kryzysowych i stresowanych. W sportach ślizgowych doświadczałem wszystkiego. Od euforii i satysfkacji, bo rzeczy nazwane wprost „Skurwysyństwem roku”. To wszystko uczyniło mnie innym człowiekiem niż ten sprzed tej pamiętnej Barbórki 2017, kiedy na Youtube zobaczyłem film Eurosportu o Skeletonie


Łapię chwile ulotne jak ulotka.
Ulotne chwile łapię jak fotka.
Życie nasze składa się z krótkich momentów.
Cudownych chwil czy przykrych incydentów.
Niczego nie przegapię,
Wszystkie je łapię.
Korzystam z talentu,
Przelewam go na papier.

Paktofonika – Chwilę Ulotne

You may also like...