Świry do przodu próchno za drzwi

Share

TL;DR – W dniach od 15 do 19 lutego 2021 miałem zaszczyt po raz pierwszy reprezentować Polskę, oraz jednocześnie Bielsko – Białą, moje miasto w górach podczas Skeletonowego Pucharu Europy IBSF na torze Olympia Eiskanal Innsbruck-Igls. Byłem ostatni i nie dociągnąłem do 120km/h prędkości jazdy ale i tak było niesamowicie! Jeżeli ktoś chcę wiedzieć jak to jest reprezentować swój kraj na arenie międzynarodowej zapraszam do przeczytania! Wskakujcie na pokład i trzymajcie się mocno 😉

Sezon zimowy 2020/2021 pomimo wszechobecnego Korona-Party rozkręcał się. W grudniu trenowałem na zgrupowaniu w Siguldzie a moje wyczyny na tym torze opisałem w opublikowanym tuż po nim felietonie, który dla zachowania chronologii linkuję poniżej.

Na tym zgrupowaniu trener kadry podjął wobec mnie konkretną decyzję. Puchar Europy w Innsbrucku ma być moim debiutem jeżeli chodzi o międzynarodowe zawody w Skeletonie! Poczułem wtedy taki przyjemny, lekki dreszczyk podniecenia 🙂 Kiedy w lutym 2018 wykonywałem swoje pierwsze ślizgi na drewnianym torze w Krynicy (na sankach oczywiście) nawet nie myślałem, że kiedykolwiek nawet zahaczę o jakąkolwiek rywalizację w tym sporcie.

Wpadłem w sporty ślizgowe od pierwszego wrażenia. Miałem prędzej obawę, że ostatecznie nie uda mi się nawet uprawiać rekreacyjnych zjazdów. Że pozostanę ze świadomością jak niesamowity jest to sport ale jednocześnie z brakiem jakiegokolwiek przystępu do niego.

Nigdy nie byłem 'kolekcjonerem wrażeń' i zbieraczem jednorazowych atrakcji. Albo do oporu albo w cale.

Nawet gdy pierwszy raz przyjechałem do Siguldy na Showelrace. Nawet gdy pierwszy raz nogi mi się ugięły gdy zobaczyłem na żywo tor i zdałem sobie sprawę co chcę zrobić :). Nawet wtedy nie myślałem, że to wszystko pójdzie w taką stronę.

Powiem nawet więcej! Również w trakcie i po szkółce skeletonowej w St Moritz nie miałem możliwości podejrzewać w jaką stronę będę się rozwijał. Badałem różne kierunki. Dalsze ślizganie się na Olympia Bob Run w kolejnym roku. Załapanie się czy to na Gaesteskeleton czy na kolejną szkółkę skeletonową w ramach IBSF Development Program.

Życie jednak napisało zupełnie inny scenariusz i de facto stałem się praktycznym członkiem kadry narodowej i rozpocząłem trening w dużej mierze podobny do tego, któremu podlega reszta zespołu (chodź nie tak intensywny)

Tu pierwsze wyjaśnienie (ang. disclaimer): Z praktycznego punktu widzenia można powiedzieć, że jestem członkiem Kadry Narodowej Skeletonu, jednak z formalno-prawnego punktu widzenia tak nie jest. Oczywiście treść mojego kontraktu ze związkiem jest tajna, natomiast można powiedzieć, że jej fundamentem jest moje samofinansowanie. Mogę uczestniczyć w działalności kadry i startować w zawodach jeżeli sam sobie za wszystko zapłacę. To rozgraniczenie jest konieczne, ponieważ pojęcie "Kadra Narodowa" jest dość ściśle zdefiniowane prawnie i wiąże się m.in. z finansowaniem publicznym, na które ja się formalnie nie kwalifikuje.

Przygotowania

Przyjemny dreszczyk podniecenia wiązał się również z serią mniejszym bądź większych problemów i obaw. Po pierwsze z koniecznością zakupu nowego samochodu. Korona-party dostarcza od roku niesamowitych wrażeń. Wprowadzane bez ładu i składu ograniczenia, granicę zamykane bez ostrzeżenia z dnia na dzień, odwoływane loty i pociągi. Takie warunki wymagają pełnej mobilności i wykluczają w zasadzie wszystko poza własnym pojazdem. Moja stara (no niekoniecznie dobra) Almera N16 już tego warunku nie spełniała. Wprawdzie w 2020 roku obleciała trasy z Bielska takie jak: Winterberg, 2x Warszawa, 2x Gdańsk, kilkukrotnie Kraków i Rzeszów, to jednak nie było mowy o próbie jazdy do Innsbrucka. W związku z tym stałem się wesołym posiadaczem Fiata Doblo drugiej generacji, jeden sześć turbo dizel 🙂

Kolejnym ważnym elementem przygotowania do zawodów to trening, zarówno torowy jak i motoryczny. Występ na zawodach jest tak naprawdę prezentacją tego co zawodnik wypracował 'off-line'. Bycie skeletonistą w zasadzie oznacza bycie w ciągłym, trwającym cały rok treningu. Oczywiście każdy ma również okresy odpoczynku, zwłaszcza około miesiąca po zakończeniu sezonu czy kilka tygodni w przerwie wakacyjnej. Absolutnie nie ma jednak mowy aby w grudniu czy styczniu wstać od biurka Warszawskiej korporacji i tak po prostu pojechać na tor. Skończy się to albo DNFem albo możne nawet kontuzją przy starcie 🙂

Mój trening torowy został już omówiony w poprzednim felietonie. No to teraz jak przygotowywałem się motorycznie. Tu zaczniemy od małej 'ciekawostki' na mój temat

Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że przez bardzo długi czas (tak naprawdę do niedawna) byłem osobą całkowicie asportową a przez kilkanaście pierwszych lat życia nawet to sportu wrogo nastawioną.

Nie jest to bez konsekwencji dla mojego treningu. Przed rozpoczęciem sezonu 2020/2021 oraz podczas zgrupowania w Siguldzie głównym celem było jak najszybsze nadrobienie jak największej ilości zaległości z tym związanych. Poprawienie koordynacji ruchowej, siły, szybkości, w zasadzie poprawienie wszystkiego po trochu.

Oczywiście aby trening był skuteczny musi być we właściwy sposób nadzorowany i kierowany. Ponieważ cały związek i kadra znajduje się w Gdańsku byłoby bardzo 'niewygodnym' i uciążliwym abym regularnie robił trasy Bielsko <-> Gdańsk. Moim trenerem motorycznym został więc Sebastian Bednarczyk z klubu sportowego Sprinterzy.com z Krakowa.

sprinterzy.com

Do końca lipca dość regularnie jeździłem więc do Krakowa na organizowane tam treningi. W sierpniu trochę zająłem się żeglarstwem, z czego nie do końca zadowolony był trener klubowy, ponieważ nie mogłem już tak często się meldować 🙂

Trenowałem więc na miejscu w Bielsku – Białej, głównie na stadionie lekkoatletycznym przy ulicy Słowackiego. Znaczną zaletą tego miejsca jest bliskość mojego mieszkania. Gdy Almera po raz kolejny odmówiła posłuszeństwa mogłem tam chodzić na piechotę 😉

Kiedy zrobiło się zimno i trening na odkrytym stadionie stał się praktycznie niemożliwy musiałem poszukać alternatywy. Po powrocie z Siguldy dzięki faktowi posiadania licencji IBSF i uprzejmości Ośrodka Kultury w Brzeszczach uzyskałem możliwość trenowania w Hali Lekkoatletycznej znajdującej się w tej miejscowości w okolicach kopalni.

Jak wygląda (mój) trening motoryczny i szybkościowy

Głównym elementem ślizgu na skeletonie jest start, czyli jak najszybsze rozbiegnięcie się pchając skeleton. Prędkość tamże jest ogólnie jedną trzecią tego co potem przekłada się na dobry czas na mecie. Trening motoryczny skeletonisty jest więc nastawiony głównie na sprint.

Nie przypomina on raczej 'typowego treningu typowego biegacza biegów masowych, górskich, rzeźników a tym podobne'. W moim przypadku składa się z takich elementów jak poniżej. Od razu zaznaczam, że pewnie nieco się różni (intensywnością) od ślizgacza, który nie musi w rok nadrobić szkolnych zaległości z WF 🙂

  1. Rozgrzewka – trucht 4 + 2 + 4 / 3 + 1 + 3 (bieg, przerwa, bieg)
  2. Rozciąganie
  3. Skipy A/B/C w dużej ilości
  4. Przyspieszenia na dystansie ok 40…60 metrów
  5. Pozorowane starty (sprint / przyspieszenia w pozycji do pchania skeletonu)
  6. Ćwiczenia siłowe na nogi z gumami
  7. Ćwiczenia z płotkami

Czy w nocy dobrze śpicie, czy śmierci się boicie

Zawody zbliżały się wielkimi krokami a ja coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Ciężko jednoznacznie opisać mój stan osobowy i to co miałem wtedy w głowie. Całościowo ktoś mógłby powiedzieć, że generalnie nic normalnego tam nie ma i nie było by to stwierdzenie dalekie od prawdy. Ja byłem w takim dziwnym pomieszaniu ekscytacji, stresu i nawet strachu. Dochodziło do mnie, że kadra daje mi niesamowitą możliwość dokonania czegoś, co na przestrzeni ostatnich 20 lat było udziałem zaledwie małej garstki osób.

Pojawiła się jednak u mnie moja prywatna presja.

IBSF Europe Cup to nie jest zabawa!

To są poważne zawody międzynarodowe, w których startują ludzie z jednym celem w głowie. Z Igrzyskami Olimpijskimi. Docierało po woli do mnie, że chodź Puchar Europy to są najniższej rangi zawody międzynarodowe to będę tam reprezentował nie siebie, nawet nie moje miasto ale Polskę (sic!). W dodatku będę tam wyglądał jak człowiek z innej bańki. Absurdalnie wysoki jak na skeletonistę, 30 lat stary ale dopiero zaczynający jeździć. Wiedziałem, że na pewno mój czas będzie najgorszy i będę ostatni na liście wyników. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie to aż tak źle wyglądało. W końcu będzie tam mnóstwo poważnych zawodników z innych kadr, którzy będą na to patrzyli.

Czas płynął nieubłaganie i 'mój wielki dzień' zbliżał się coraz szybszym krokiem. Zdawałem sobie sprawę, że tor w Innsbrucku jest najłatwiejszy na świecie. Takie idealne miejsce 'do nauki', polecane przez wszystkich ślizgaczy jako miejsce na pierwsze zawody. Z perspektywy doświadczonego skeletonisty wszystkie te moje rozterki mogłyby by wyglądać nawet nieco zabawnie. No ale nie na co dzień człowiek ma sposobność reprezentować swój własny kraj w jakiejś (olimpijskiej!) dyscyplinie sportu. Nie każdy ma sposobność doświadczyć czegoś,co normalnie ogląda się wyłącznie w telewizji.

Powoli to do mnie wszystko docierało i wywoływało nawet czasami gęsią skórkę. To tak jak z instrumentalnym utworem „Na zewnątrz” z albumu „Nowa Aleksandria” grupy Siekiera. Jednej z najważniejszych i najbardziej wpływowych na polskiej scenie Punkowo, Nowofalowej. Budujące niepokojącą atmosferę partię syntezatorów z dodanym dużym pogłosem. Pojawiające się nagle pociągnięcia instrumentów smyczkowych. Równy i ostry rytm perkusji i gitary basowej. Kwintesencja tego czym żyłem w okresie tydzień, dwa przed zawodami.

Austriacy to bardzo porządni i pomocni ludzie

W końcu nadszedł ten dzień. Zapakowałem moje Doblo wszystkim co będzie potrzebne przez czas trwania zawodów. Zatankowałem bak do pełna ropą i wytyczyłem trasę na Innsbruck. O zrobieniu sobie testy na KOWID nawet nie piszę, bo to oczywiste.

Zanim jednak opowiem o EC Innsbruck jako takim krótkie wyjaśnienie jak wygląda cała hierarchia zawodów skeletonowych. W przypadku 'normalnych' krajów tj. takich posiadających własne tory i liczną grupę zawodników dzieli się ona na zawody krajowe i zagraniczne. 

1. Na dole mamy zawody klubowe albo lokalne zawody typu 'o puchar toru', czyli rywalizację międzyklubową, podobną trochę do "Memoriału im. Mariusza Warzyboka" organizowanego przez Saneczkarzy w Jeleniej Górze.

2. Najwyższą formą rywalizacji wewnątrzkrajowej są oczywiście mistrzostwa danego kraju. Tu często najlepsi zawodnicy idą do kadry narodowej i jadą na zawody międzynarodowe.

W przypadku polski nie ma ani pierwszego, ani drugiego. Kadra obecnie liczy trzy (TRZY) osoby. Jedną dziewczynę i dwóch mężczyzn. Nie było więc nawet jak i dla kogo zorganizować takie mistrzostwa.
No to teraz rywalizacja międzynarodowa

1. Na samym dole jest Puchar Europy (EC)

2. Wyżej jest Puchar Interkontynentalny (ICC)

3. W dalszej kolejności jest Puchar Świata

4. No i oczywiście ukoronowaniem pracy każdego zawodnika są Igrzyska Olimpijskie.

Fakt, że Polska jest tzw. 'małą nacją' bardzo mi pomaga. Gdybym był Niemcem czy Austriakiem to naturalnie nie było by mowy aby z moją 'formą' i 'umiejętnościami' (a raczej brakiem jednego i drugiego) pojechać na Puchar Europy.

Sama kwalifikacja na Puchar Europy jest dość prosta. Jeżeli spełnione są pewne limity ilościowe zawodników per jednej kraj, to w zasadzie jedyne co trzeba zrobić to dwa razy zjechać bez wywrotki na oficjalnym treningu. Już coś takiego daje możliwość wystartowania w konkursie głównym. Sam konkurs składa się z dwóch ślizgów. Jeżeli zakwalifikowało się więcej niż 20 skeletonistów (a najczęściej tak jest), to do drugiego przechodzi najlepsza dwudziestka.

Po ok 8 godzinach dojechałem do miejscowości Rinn koło Innsbrucka, gdzie mieliśmy wynajęty apartament. Tu pojawiła się pierwsza mocna dawka wrażeń. Nie będę się rozpisywał co się stało, bo nie ma to związku ze skeletonem a i miejsca nie jest dużo. Wystarczy powiedzieć, że w rolach głównych wystąpiła Nawigacja Google, wąska oblodzona droga oraz potężnych rozmiarów ciągnik rolniczy marki Steyr. Reszty sami się domyślcie 🙂

Taka sytuacja….
No to już chyba wiadomo co się stanęło 🙂

Jest Bezpiecznie, jest spokojnie

Moje emocję zaczęły sięgać zenitu. W poniedziałek wieczorem pojechaliśmy na Stadion Olimpijski w Innsbrucku na obowiązkowe testy COVID. Po wejściu do ogromnego hallu obiektu trochę mnie zmroziło. W kolejce czekały w zasadzie wszystkie nacje, które zjechały się na zawody. Był Gints Dzerve z Łotwy ze swoimi zawodnikami. Była pokaźna reprezentacja Niemców i Rosjan. Byli również Anglicy w tym Ci zawodnicy z którymi ślizgałem się z Juniora w Siguldzie. Było mi bardzo miło gdy jeden z nich mnie rozpoznał i przywitał się ze mną po Imieniu 🙂

To jeszcze bardziej umocniło mnie w przekonaniu w jak poważnym przedsięwzięciu przychodzi mi wziąć udział.

Wieczorem przed pierwszym dniem treningowym próbowałem zebrać swoje myśli. Zapuściłem się w twórczość Republiki, Siekiery (zarówno okres punkowy z Budzyńskim na wokalu, jak również późniejszy nowofalowy), Oddziału Zamkniętego a nawet Pink Floyd (w szczególności płyta Animals).

Próbowałem w ten sposób zebrać swoje myśli i myśleć wyłącznie zadaniowo. Następnego dnia rano pojechaliśmy na tor na pierwszą sesję treningową.

Podróż z Rinn do Igls trwałą około 15 minut. Ciężko mi wyrazić to co wtedy odczuwałem. To było takie jedno wielkie pomieszanie z poplątaniem. Niesamowita adrenalina zmiksowana z silnym stresem i odrobiną strachu. Z jednej strony bardzo chciałem to zrobić a z drugiej bardzo się tego obawiałem. Po co mi to w ogóle potrzebne?

Sporty ślizgowe są napędzane emocjami. Każdy ma swoje prywatne powody dla których dosiada czy to sanek, czy to skeletonu. Jeżeli jednak nie czulibyśmy tego adrenalinowego kopa to chyba nikt z nas by się w to nie bawił. Całe to ślizganie straciło by swój smak.

Track walk i pierwsze treningi

Sesja treningowa zaczęła się standardowo od Track Walk. Dla przypomnienia jest to przejście całego toru od startu do mety ze szczegółowym omówieniem tego jak należy zajeżdżać na każdy wiraż, co trzeba na nim robić i jak z niego zjeżdżać.

Track walk na wirażu numer 4

Tor w Innsbrucku jest to najłatwiejszą areną tego typu na świecie. W zasadzie można powiedzieć, że to taka 'zamarznięta zjeżdżalnia wodna 🙂 '. Ogólnie cały tor można podzielić na kilka sekcji:

https://www.ibsf.org/en/tracks/track/8/Innsbruck
  1. Dwie Omegi
  2. Górny Labirynt
  3. Kreisel
  4. Dolny Labirynt
  5. Meta

Pomimo tego, że Igls jest najłatwiejszy na świecie, to posiada kilka trudnych miejsc. Na szczęście trudność polega tylko na umiejętności ich dobrego przejechania (najczęściej 🙂 ) Ogólnie każdy wiraż należy brać raczej środkiem, chodź są one dość wybaczające błędy. Najwięcej uwagi wymaga 7 oraz 9 i trochę 3.

Kreisel (wiraż 7 – w lewo) należy przejechać w pewnym sensie podobnie do 15 w Siguldzie, czyli „na dwie fale”. Po wjeździe należy zasterować prawym barkiem aby nie dać się wynieść za wysoko, potem podtrzymać skeleton lewym barkiem i przy wyjeździe zjechać w dół prawym. Ślizgacze mają jednak tutaj pewne małe ułatwienie. Na ociosie kreisla znajduje się przerywana niebieska linia, która miej więcej pokazuję optymalną linię przejazdu przez ten wiraż.

Warto wspomnieć, że te niebieskie znaki są ok dwa metry nad spągiem wirażu 🙂

Sprawa jest wiec „nieco” prostsza. Jeżeli linia ucieka w lewo znaczy, że siła odśrodkowa wyrzuca za wysoko i trzeba zasterować prawym barkiem. Linia ucieka w prawo trzeba zasterować lewym barkiem. Prosta struktura regulacyjna line-followera 🙂 Dobrze by było, żeby odpowiedź obiektu regulacji była jednak zdecydowanie aperiodyczna – krytyczna a nie oscylacyjna 🙂

Wiraż 9 i 10 (obydwa w lewo) przejeżdżałem w inny sposób (ale też nie standardowy ze względu na moją względnie małą prędkość!) . Przy wjeździe na wiraż nie robić nic. Potem podtrzymać skeleton lewym barkiem i zasterować prawym na wyjściu. Normalnie tzn. przy 'typowej prędkości przelotowej' wiraż nr 10 powinien być przejechany ze sterowaniem podobnym do Kreisla z taką tylko różnicą, że oczywiście nie jest on taki długi.

Ostatni wiraż 14 jest najfajniejszy. Po prostu leżeć i nic nie robić 🙂

Pewną ciekawostką Igls (nie wiem jak często spotykaną) jest to, że za wyjątkiem sekwencji 9 – 10 wszystkie wiraże są „rytmiczne” tzn na przemian lewo-prawo-lewo-prawo itd.

Tor w Igls nie wymaga zbyt intensywnego sterowania i na tym polega jego łatwość. Nie wymaga należy tu rozumieć bardziej jako „zabrania gwałtownego sterowania”. Zbyt nerwowa jazda i używanie zbyt dużej siły w złych momentach może albo zrujnować czas przejazdu, albo skończyć się tak jak to było w moim przypadku podczas pierwszego ślizgu 🙂

No to teraz gdy teorię mamy za sobą czas na praktykę 🙂

Wyjechaliśmy na powrót na start, załączyliśmy 6.3V napięcia żarzenia i wskoczyliśmy w nasze aerodynamiczne i obcisłe lajcry 🙂 Podczas regulacji płóz w skeletonie mój stres przekroczył już pewną granicę i zapytałem się wprost mojego kolegę z kadry, czy przed swoimi pierwszymi startami też się tak denerwował 🙂 Rozmowa o swoich obawach jest jedną ze skuteczniejszych metod walki ze stresem 🙂

Did Not Finished

Zbliżała się w końcu moja kolej. Ok 10 ślizgaczy przede mną w końcu coś się przestawiło w moim mózgu. Stres strachliwy zamienił się na stres motywująco – produktywny.

Tu warto nadmienić, że po raz pierwszy w mojej krótkiej jak do tej pory karierze przyjechałem na całkowicie nowy tor i jeździłem na nim od razu z samej góry. Musze przyznać, że była to dla mnie swoista nobilitacja.

Start skeletonowo – bobslejowy (tzw. Top) w Igls

Dwa ślizgacze przede mną wyszedłem z szatni na start i wziąłem mój skeleton oparty o stojak. Powtarzałem sobie w głowie jak mantrę kolejną sekwencję sterowania na poszczególnych wirażach. W końcu padło

The Track is clear

Po lekkim rozbiegnięciu się wskakuje na dechę i jadę. Próbuję patrzeć przed siebie (o tym dlaczego to błąd będzie później). Głośno liczę sobie wiraże dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, ku******aaaa Kreisel!!! Robi się szybko! Zaliczam obcierkę o obudowę toru przed wirażem nr 8. Potem szybko kombinacja 9, 10 i………… I jednak po wyjściu z 9 jadę na plecach głową do przodu i trzymając się jedną ręką skeletonu z którego chwilę przedtem zleciałem. Przeleciałem w tej konfiguracji jeszcze cztery wiraże i zatrzymałem się dopiero pomiędzy 13 a 14. Wstałem się, otrzepałem z lodu i jakoś wyszedłem z toru. Skeleton pomogli mi wyciągnąć ratownicy medyczni, którzy szybko znaleźli się na miejscu zdarzenia.

Polityka IBSF podczas oficjalnych treningów i zawodów specyfikuje, że po każdej glebie zawodnik musi zostać obowiązkowo poddany sprawdzeniu przez służby medyczne. Ratownik czy lekarz decyduje, czy zawodnik może kontynuować w danym dniu, czy nie wolno mu już jeździć do końca dnia, czy też musi być poddany dodatkowym badaniom w szpitalu. 

Kreisel mimośrodowy

Podczas oficjalnych treningów do tego Puchary Europy było przewidziane pięć ślizgów podzielonych na dwa dni w konfiguracji dwa + trzy. Na szczęście ta pierwsza wywrotka okazała się ostatnią a każdy kolejny ślizg był nieco lepszy od poprzednich. Nie oznacza to oczywiście, że nie było błędów. Największe chyba były z wirażem nr 9 no i z wspomnianym Kreislem. Aż sam byłem zdziwiony jaką trudnością może być prawidłowy przejazd przez jak by się mogło wydawać takie 'proste kółko'. Wpada się na niego górą. Zakręca o dziewięć godzin i wylatuje dołem tyle, że szybciej.

Angielski skeletonista po wyjeżdzie z Kreisla

Dlaczego Kreisel okazał się tak trudny? Wprawdzie tor jest na tyle łatwy, że błędy w sterowaniu nie powodowały wywrotki ale nie trafianie z siłą sterowania i dokładnym momentem zasterowania skeletonem powodowały małoskalowy efekt, który jest wyjaśniony przez saneczkarzy na poniższym filmie

Wprawdzie sanki są innym sportem ale pewne koncepcje są tutaj wspólne. Za wczesne zasterowanie przy wjeździe ściągnęło mnie za mocno w dół potem za słabe podtrzymanie spowodowało, że na wyjściu byłem za nisko. Tam drugi 'pressure point' wirażu spowodował, że siłą odśrodkowa wyrzuciła mnie zbyt wysoko i późne zejście gotowe. Wyraźnie poczułem ten moment podczas jazdy na wyjściu i wiedziałem, że coś jest nie tak i mogę spodziewać się bum o obudowę toru na wyjściu.

Takie zachowanie jest spowodowane moim błędem ale wynika z samej geometrii wirażu. Kreisel nie jest oczywiście idealnym kołem, tylko jest właśnie mimośrodem co oznacza, że promień jego krzywizny zmienia się. Musi on być powiem dostosowany kształtem to reszty toru w taki sposób aby dało się z niego wjechać i na niego wyjechać.

Na górze wjazd na kreisel a na dole wyjazd z niego. W oddali start dziecięcy i wiraż nr 8

Innym błędem, który został dostrzeżony przez trenera było zbyt gwałtowne podtrzymywanie skeletonu lewym barkiem. Było one na tyle przesadzone, że deska weszła w lekki ześlizg boczny. O ześlizgu bocznym mówi się gdy skeleton (lub sanki lub bobslej) nie jedzie prosto wzdłuż swojej osi ale mniej bądź bardziej bokiem. Można to nazwać takim driftowaniem 🙂 W sankach czasami prowadzi do tego, że sankarz wjeżdża na wiraż przodem ale wyjeżdża już tyłem 🙂

W trzecim ślizgu treningowym udało się już dobić do 100km/h i ceremonialnie wjechać w tzw. crash-maty na mecie. Czwarty ślizg treningowy był w mojej opinii moim najlepszym podczas całych zawodów i subiektywnie najbardziej mi się podobał 🙂

Z każdym kolejnym ślizgiem podchodziłem do jazdy coraz bardziej spokojnie a mój stres stawał się coraz bardziej motywatorem. W zasadzie przed ostatnim ślizgiem treningowym „cykałem się” nawet mniej niż przed startem paralotnią, czyli byłem dość mocno wyluzowany. Nie wiem czy aż tak bardzo boje się latania, czy aż tak nie boje skeletonu ale tak czy inaczej kierunek raczej dobry 😉 W stronę czystej przyjemności gonienia ponad 100km/h głową do przodu 🙂

Zawodnik kadry Włoch do dojechaniu do mety.

Zawody!

My tu pitu pitu na treningu a w końcu przyszedł czas na prawdziwe ściganie się! W drodze na tor na zawody byłem dość wyluzowany. W zasadzie mogłem być pewien ostatniego miejsca i jechałem oddać tam honorowy ślizg i w ogóle nauczyć się dość skomplikowanego protokołu wg którego rozgrywane są zawody IBSF. Jest bowiem mnóstwo reguł, swoistych do and don’t których trzeba absolutnie przestrzegać aby potem nie zostać zdyskwalifikowanym.

Parc fermé

W skeletonie funkcjonuje instytucja „Parku zamkniętego” Skeletony przed zawodami wnosi się do wydzielonego i ogrodzonego miejsca w pobliżu startu. To tam należy zamontować płozy i nastawić wszystko do startu. Parc Fermee zamyka się 45 minut przed pierwszym ślizgiem w konkurencji i od tego czasu nikt oprócz sędziów nie ma tam wstępu. Zresztą nawet wcześniej dostęp dla zawodników też jest mocno restrykcyjny. Z ciekawszych rzeczy należy wymienić zakaz wstępu do parku w rękawiczkach! Z zasłyszanych opowieści zdarzało się, że zawodnicy miewali rękawiczki nasączone olejem silnikowym, bądź podobnym lubrykantem mającym zwiększyć prędkość ślizgu. Czasami sędziowie nie pozwalają nawet wnosić suwmiarkę i klucz do płóz w futerale i wymagają aby wszystkie narzędzia trzymać luzem w ręce (tak aby nie przemycić w torbie albo futerale czegoś „niedozwolonego”).

Po zamknięciu parku sędziowie dokonują inspekcji każdego skeletonu. Sprawdzają czy płozy mają wymagany stępel IBSF, poprawną geometrię i czy ogólnie skeleton 'na oko' spełnia wymagania regulaminu.

Ważenie po finiszu

Regulamin sportowy ogranicza maksymalną masę startową do 120kg. Każdy zawodnik po dojechaniu do mety udaje się na obowiązkowe ważenie. I tu nie jest tak prosto i łatwo bo:

  • Skeletonu pod żadnym pozorem nie wolno przenosić za płozy
  • Ogólnie płóz po mecie a przed ważeniem nie wolno w ogóle dotykać.
  • Próba oczyszczenia płóz z wody czy śniegu zakończy się raczej na pewno dyskwalifikacją.
  • Najpierw na wagę kłądzie się skeleton w pozycji płozami do góry (aby nie uszkodzić)
  • Potem na wagę wchodzi skeletonista wraz ze swoją deską i kompletnym wyposażeniem, tj. kaskiem, kolczastymi butami i wszystkim co miał podczas ślizgu.

Dla mnie najbardziej stresujący nie był sam ślizg ale właśnie to ważenie. Odziany w reprezentacyjną laycre dojechałem dzielnie do mety z najgorszym czasem. Lepiej być jednak najwolniejszym niż zdyskwalifikowanym. Ufff. Na szczęście waga pokazała 117 kilogramów. Jeszcze miałem zapas 🙂

Meta. Stanowisko ważenia jest na lewo od kadru.

Sama procedura startowa też nie jest taka oczywista. Zawodnikowi absolutnie nie wolno brać własnego skeletonu! Do tego jest uprawiony wyłącznie jego trener i to on przynosi skeleton z parku. Po wyjechaniu na start po oddanym ślizgu skeleton oddaje się spowrotem do Parc fernee i nie wolno już więcej do niego wejść do momentu aż ostatni skeletonista w ślizgu dojedzie do mety i wróci powrotem na start. Wyjątkiem od reguły jest sytuacja gdy zawodnik (taki jak ja 😉 ) wie że i tak nie zakwalifikował się do drugiego ślizgu. Wtedy może nie oddawać skeletonu do parku i się spakować.

Trener Łotewskiej kadry narodowej juniorów Gints Dzerve i jego zawodnik Krists Netlaus

Sam start odbywa się już dość standardowo chodź czasami (co zdarzało się i w Igls) sędziowie mogą zażądać aby czekając w kolejce do startu położyć skeleton płozami na lód aby wyrównać ich temperaturę.

Skeletonista podczas rozbiegu na starcie.

A jak to było w moim przypadku? Wylosowano mi numer startowy 30. Odziany w reprezentacyjną laycre stałem jako trzeci w kolejce do startu nieco nerwowo tuptając w miejscu albo przechodząc się raz w lewo raz w prawo. Nie bałem się, bardziej byłem zestresowany całym tym wydarzeniem i niejako odpowiedzialnością jaka na mnie spadła. W końcu nadeszła moja kolej. Postawiłem skeleton w rowku startowym zamknąłem na chwilę oczy. Popatrzyłem przed siebie i na semafor odliczający w dół czas na start.

Nie było czasu na głębsze refleksję. Ogień na tłoki i jedziemy! No może nie do końca ogień na tłoki, bo nieco celowo nie rozbiegiwałem się zbyt mocno. Prawilnie skeletonista powinien dawać do oporu jak diesel, który żre olej przez turbosprężarkę. Ja nie chciałem przy tym wyprodukować efektu takiego jak na filmie: „Elena Nikitina misses her sled” 🙂

W zasadzie ze ślizgu nie byłem do końca technicznie zadowolony. Oczywiście nieskromnie byłem z siebie dumny, że zrobiłem w sumie coś co do tej pory zrobiła tylko garstka polaków 🙂 . Technicznie bardzo dobrze było wyłącznie na Kreislu oraz trochę na 9 i 10 (chodź nie bez błędnie). Górny labirynt to już w moim wykonaniu tragedia, wstyd i koszmar. Zdecydowanie bardziej byłem zadowolony z czwartego ślizgu treningowego.

Skeletonista w końcowej fazie startu, tuż przed wskoczeniem na deskę. Oczywiście to nie ja 🙂

Jakie czynniki tutaj zagrały? No przede wszystkim to, że ślizg w zawodach był dopiero moim 24 w życiu w ogóle i dopiero 12 z topu. Zawody z Igls zbiegły się z pierwszą rocznicą mojego udziały w szkółce skeletonowej w St Moritz. Szybko robię tą karierę co nie? 😉

  • Przede wszystkim zawinił brak doświadczenia.
  • Dodatkowo zawinił bardzo brzydki i zły nawyk używania butów i szorowania nimi po lodzie w sytuacji gdy skeleton zaczyna isć ześlizgiem lub ogólnie brak nad nim kontroli
  • GŁÓWNY BŁĄD: Niewłaściwa pozycja jazdy na skeletonie i zadzieranie głowy zbyt wysoko. Powoduje to nie tylko większy opór aerodynamiczny ale również odciążenie przedniej części deski, przeniesienie balansu na tył i brak kontroli nad jazdą.

Może się wydawać, że podniesienie głowy o kilka cm nie powinno mieć aż takiego wpływu ale prosty eksperyment z kijem do szczotki rozwiewa wątpliwości 🙂 Wykonałem go już powrocie do Polski i w praktyczny sposób wyjaśnił mi gdzie jest problem . Należy podeprzeć skeleton przy pomocy drewnianego kija podłożonego pod płozy w taki sposób aby leżąc na nim znajdował się on prawie w równowadze, tj. aby albo udało się go utrzymywać w poziomie albo na granicy przeważenia przód – tył.

Zrozumiałem o co chodzi, gdy po lekkim podniesieniu głowy skeleton przechylony na przód przechylił się powoli na tył.

Tłumaczyło by to też dlaczego w ślizgu na zawodach tak fatalnie przejechałem górny odcinek a dolny był już nieco lepszy. Im większa prędkość tym większa siła odśrodkowa. A ona już pomaga trzymać głowę odpowiednio nisko 🙂

Max, Bully, Paralotnia, Laser Radial i Beskidy

Wróciłem do Bielska – Białej z nie mała satysfakcją i nieco nieskromną dumą z własnej osoby. Moją satysfakcją dzieliłem się na bieżąco z moim kolegą Maxem (prawdziwe personalia do wiadomości redakcji). Razem z Maxem robię na co dzień różne dziwne rzeczy. Latam paralotnią, żegluje, chodzę w góry itp itd. Max zaliczył już takie epickie przygody jak: Zjazd lawiną spod Rys w Tatrach, Zimowy biwak w śnieżnej jamie, wyjście późną jesienią na zaśnieżony Mt Blanc.

Max w akcji.

Początkowo Max wyrażał pewne obawy co do Skeletonu. Wskazywał koszta, konieczność bycia cały czas w trasie, zależność od innych osób. To nie jest tak, że nie wierzył we mnie, czy chciał mnie zniechęcić. Nic z tych rzeczy. Po prostu jako paralotniarze i żeglarze jesteśmy przyzwyczajeni trochę do czegoś innego i generalnie do większego indywidualizmu. Max jest w zasadzie jednym z dwóch moich pierwszych kibiców 🙂

Jest to ten fajny aspekt uprawiania sportu na poziomie aspirującego do wyczynowego. Bardzo fajnie jest gdy ktoś interesuje się Twoimi wynikami, dopytuje jak poszło na zawodach, chcę dowiedzieć się czegoś więcej o twoim sporcie, trzyma kciuki i tak dalej.

Drugim moim kibicem jest Bully. Z Bullym pracowałem kiedyś w jednej firmie. Z Maxem zna się jeszcze od czasów technikum. Bully zawsze był głęboko zafascynowany wszystkim co robię. Czy to elektroniką, czy to programowaniem, czy lataniem, pływaniem no i oczywiście skeletonem. Gdy dowiedział się, że jestem bardzo zainteresowany żeglarstwem na Laserze Standardzie albo Laserze Radialu tak był tym pozytywnie nakręcony, że aż musiałem mu tłumaczyć, że pływanie na klasie olimpijskiej nie oznacza od razu prób dostania się na olimpiadę.

Lasery Radial / Standard wyszpejone i gotowe do zejścia na wodę. Zdjęcie wykonane nad Jeziorem Zegrzyńskim w porcie w miejscowości Nieporęt. Regatowy Klub Sportowy „Lasery Zegrze”

Dochodzimy tutaj to ciekawego punktu. Co chcę w ogóle osiągnąć w Skeletonie? Na olimpiadę raczej zdecydowanie się nie dostanę 🙂 To nie tak, że nie chcę – to jest kwestia pragmatyzmu 🙂 Jeszcze żadnemu polskiemu skeletoniście się to nie udało a co dopiero patrząc na mnie, który musi sobie na te ślizgi własnoręcznie zarobić pieniądze.

Tak samo jak w momencie pierwszego w życiu ślizgu na sankach w 2018 roku nie przyszło mi do głowy, że pojadę kiedyś na Puchar Europy, tak samo teraz pewnie też bym nawet tej przyszłości nie wymyślił.

Na pewno chciałbym się czegoś dowiedzieć i nauczyć przy okazji przeżywania tych wszystkich przygód. Może zdobyta wiedza przyda się komuś na przyszłość.

Co ma być to będzie. Na teraz cieszę się z tego, jak Skeleton zmienił moje życie. Aby dostosować się do ograniczeń schudłem ponad 20kg. Udział w treningach i zgrupowaniach wyraźnie polepszył moją kondycję. Puki co nie ma mowy o walce z konkurentami w zawodach, to mam tą ogromną satysfakcję, że oprócz walki z torem walczę z samym sobą. Pomimo tego, że 99.999% ludzi absolutnie nigdy nawet by się do Skeletonu nie zbliżyła a dla większości jest to niebezpieczne wariactwo, to ja właśnie jestem tym wariatem.

Takim samym wariatem jak ta punkowa ekipa z legendarnego koncertu Siekiery w Warszawskim klubie Remont w 1984 roku. Jednego z bardziej istotnych momentów w historii Polskiej sceny Punkowej.

To z tego koncertu pochodzi tytułowy cytat, slogan rzucony do mikrofonu przez Budzyńskiego (lidera Siekiery w jej okresie Punkowym), który jednocześnie idealnie obrazuje skeleton jako sport i skeletonistów jako tych wariatów, którzy odziani tylko w obcisłe stroje i z kaskiem na głowie rzucają się na skeleton aby zjechać głową w przód dobrze ponad 100km/h

Na koniec humor z szatni w Siguldzie. Autentyczna rozmowa moja z pewnym saneczkarze płci damskiej 🙂

Ciekawe dlaczego dziewczyny startują na sankach z niższego startu skoro na skeletonie wszyscy jeżdżą z samej góry.

Ja

Bo skeleton to jest zabawa a nie sport! A na sankach nikt nie jeździ dla zabawy!

Saneczkarz płci damskiej

Kurtyna!